Tak więc, stało się znowu jakiś kiciuś na moście, oczywiście zwodzonym...coż nie trzeba być w jukej żeby zdobyć Angola.Wyglądał jak Amerykanin, w słomkowym kapeluszu na rodeo,jawił się jako postać bliska byczkowi.Jam była jego czerwoną płachtą->miałam czerwoną bieliznę a na tym khaki sweterek żeby było neutralnie.imię?Cóż tam Billi czy jakiś Willi z willim a najlepiej Ben z dużym Bigiem w gaciach.Tak więc Big Bena nie zobaczyłam w majtkach.Dalej może sie wypychać na pierwszy plan na pocztówkach, filmach i zdjęciach.Jednak u Benów wcale nie występuje w swojej naturalnej formie.Jest zeskalizowany do rozmiarów przeciętniaków w kąpielówkach.Można więc tu mówić o zwykłym willim, pospolitym jak koniczyna na łące bez czterech listków, adekwatnym do tipsiar z wzorkami bez diamentów.
Anyway,w porę całkiem angielską czyli deszczówkę, wykąpaliśmy się ze sobą poraz pierwszy.Znienacka.Pierwsze danie to lizanie i wąchanie angielskiego steku-długotrwałe z Madonną w tle-give it to me, give it...dont stop me.Kurtyna zapada,kukiełki się podnoszą,nóżkami i rączkami machają, kamerdynerzy serwują... Drugie danie płynne - coś na osłodę - prosto ze źródła,trzecie-przystawka...czasem kolejność podania bywa odwrotna, jak to u Angoli najchętniej na lewo wszystko... Należy jednak podsumować, że ów londyński corpus delicti nie smakował zachodnio a wręcz wyspiarsko-wyspiarze to inni ludzie prawda?Czułam się jakbym wcale nie krwisty stek skonsumowała, ale rozgotowany włoski makaron.
Ciciolina z Modlina.